czwartek, 18 sierpnia 2011

Przegląd filmowy (1) – „Moje błękitne niebo”, „Człowiek w czerwonym bucie” i „Ważniaki”

Troszkę głucho było w ostatnich dniach na Blogu. Zatem w oczekiwaniu na poważniejsze artykuły, wywiady czy montaże Feltona Raimana, od dziś ( prawie ) codziennie będziemy prezentować i oceniać w tym miejscu rozmaite produkcje filmowe. Głównie mniej znane, bądź po prostu te dla których nie zamierzamy się specjalnie rozdrabniać.
Hollywood lat 80-tych to ogromna skarbnica tytułów i zwyczajnie nie możemy poświęcić wiele uwagi im wszystkim, tym bardziej, że o wielu ciekawszych dziełach mamy do powiedzenia bardzo wiele.

Zatem rozpoczynamy od:





MY BLUE HEAVEN ( 1990 )

tyt. polskie: Moje błękitne niebo, Raj na Ziemi

gatunek: komedia

reżyseria: Herbert Ross ( Footloose )

Opis: Sympatyczna historia nowojorskiego mafioso ( Steve Martin ), który zdecydował się zeznawać w procesie przeciw swoim kolegom „po fachu”. Objęty programem ochrony świadków, ze zmienioną tożsamością, trafia do małego miasteczka koło San Diego… gdzie bardzo mu się nie podoba, zaś jego „zawodowe przyzwyczajenia” sprawiają wiele kłopotu „opiekującemu” się nim agentowi FBI ( Rick Moranis ).
Jak nietrudno się domyślić przewrotne koleje losu spłatają obu tym panom figla, zmieniając życie zarówno jednego jak i drugiego. 



Analiza: Teoretycznie tak film można streścić… ale do końca tak różowo nie jest.
Scenariusz Nory Ephron, która dała nam tak nieśmiertelne hity jak „Kiedy Harry poznał Sally” i „Bezsenność w Seattle” to moim zdaniem niewykorzystany potencjał.
Owszem jest fajnie i śmiesznie, ale taki pomysł i taki tandem artystów powinien przynieść lepsze rezultaty. Oczekiwałem  mieszanki iście wybuchowej, prawdziwego starcia charakterów, przede wszystkim akcji.
Bandzior, który nie może znieść spokojnego życia i praktycznie pcha się pod lufy mafijnego „wymiaru sprawiedliwości” powinien dać pretekst do jazdy bez trzymanki, strzelanin i pościgów. 
Tymczasem wszystko jest tu grane na jedno ślamazarne tempo, zupełnie jak sam powolny i beztroski bohater Steve’a Martina ( zresztą całkiem niezła kreacja ).
Nie jestem też pewien słuszności doboru Moranisa, który z pewnością mógłby stworzyć z Martinem świetną komediową parę… jednak do roli agenta FBI zwyczajnie nie pasuje.
Nieraz miałem wrażenie, że on a Martin to jakby dwa oddzielne filmy.   
Mimo wszystko jest to obraz, który może umilić wieczór po ciężkim dniu. Na plus fajne motywy muzyczne, oryginalny sposób narracji i sympatyczne zakończenie.

Werdykt: Warto obejrzeć!
Dla miłośników lat 80-tych ciekawa pozycja na półeczkę DVD.
Dla fanów Steve’a Martina absolutny „must see”… choćby ze względu na „nietypowy” dla niego kolor włosów ;)  


...........................





MAN WITH ONE RED SHOE ( 1985 )

tyt. pol.: Człowiek w czerwonym bucie

gatunek: komedia, komedia pomyłek, komedia szpiegowska

reżyseria: Stan Dragoti

Opis: Roztargniony skrzypek ( Tom Hanks ) pada ofiarą okrutnego fortelu w wewnętrznej wojnie amerykańskiego wywiadu. Przypadkiem skierowana na niego uwaga jednej ze strony, sprawia, że każdy jego krok jest obserwowany i dogłębnie analizowany przez rzesze agentów, którzy nie zawahają się wywrócić do góry nogami jego mieszkania i całego życia doszukując się wszędzie śladów spisku… czy to w paście do zębów… czy w samym uzębieniu.      
Remake francuskiego „Tajemniczego blondyna w czarnym bucie” ( 1972) Yves Roberta z Pierrem Richardem w roli głównej.

Analiza: Słyszałem opinie, że pierwowzór od amerykańskiej kopii jest lepszy. Ale głosy takie słyszy się prawie zawsze. W każdym razie ja odebrałem go bardzo pozytywnie. Komedia pomyłek w najlepszym wydaniu. Mnóstwo wyraźnych i zabawnych ról drugoplanowych, piękna Lori Singer, świetna kreacja Dabney’a Colemana, a w tle nawet Carrie „Amidala” Fisher i James „K-9” Belushi.
Rozczarowało mnie tylko trochę zakończenie. Jest jakaś dziwna prawidłowość, że misternie konstruowane intrygi zazwyczaj mają rozczarowująco proste wytłumaczenie lub po prostu kończą się w głupi sposób. Coś z tego jest i tutaj… Choć może oczekuję po prostu za wiele.



No i ten cały Hanks. Tu znów pewna dziwna prawidłowość – bodaj wszystkie jego filmy lat 80-tych to ponadczasowe kinowe przeboje… których on sam jest największym minusem. Nie wiem, czy to dlatego że jak na komediantów z tamtych lat ma facet mało błysku, ikry, jest za młody i niemal zawsze arogancki… i zdecydowanie wolę jego późniejsze, dojrzalsze kreacje dramatyczne. Faktem jednak, że postać skrzypka zwyczajnie nie budzi sympatii…
Nieśmiały i pechowy Pierre Richard wygrywa ten pojedynek aktorski w cuglach.

Werdykt:     Fajna produkcja… aż szkoda ze to TYLKO remake a nie oryginalna historia.
Warto obejrzeć!
„Must have” dla fanów Lori Singer …i miłośników wyraźnych kreacji drugoplanowych.


...........................



WISE GUYS ( 1986 )

tyt. pol.: Ważniaki

gatunek: komedia, czarna komedia, komedia gangsterska

reżyseria: Brian De Palma


Rzadko podobają mi się filmy Briana De Palmy. Jak na ich prostotę uważam je za strasznie przereklamowane. A tutaj – mało znana produkcja niskobudżetowa… i proszę! Bardzo pozytywne zaskoczenie.

Dwójka życiowych oferm - Włoch i Żyd - na usługach mafii dostaje proste zadanie postawienia pieniążków szefa  na wyścigach konnych.  Pragnąc się przy okazji dorobić, spryciarz Danny De Vito obstawia cudzą forsę na rzekomo ustawiony wynik. Sprytne konie kombinują jednak inaczej, tysiące zielonych przepadają a dwaj bohaterowie mają… ostro przechlapane.

Teoretycznie prosta i przewidywalna historyjka opowiedziana w złożony i nieprzewidywalny sposób. Świetna kreacja zapomnianego Joe Piscopo, który stworzył razem z De Vito naprawdę ciekawą i uzupełniającą się parę.



Film odpowiada także na jedno ważne, fundamentalne w życiu pytanie…
Co czynić gdy wydano na Ciebie wyrok śmierci i ściga Cię płatny zabójca?
Odpowiedź brzmi: zrobić zakupy jego kartą kredytową i zdemolować mu Cadillaca!!

Naprawdę polecam!    

W tle bardzo przyjemny muzyczny motyw przewodni… i bardzo przyjemny Harvey Keitel ;)

Trzeba obejrzeć, warto mieć.



Mazin