poniedziałek, 3 lipca 2017

Przegląd filmowy (15) - Fletch żyje (1989)


Tytuł oryginalny: Fletch lives

Gatunek: komedia sensacyjna

Występują: Chevy Chase, Hal Holbrook, Julianne Phillips, Randal "Tex" Cobb, Richard Libertini, Cleavon Little, Patricia Kalember

Reżyseria: Michael Ritchie

Opis: 
Kiedy dziennikarz śledczy z Los Angeles dowiaduje się, że odziedziczył plantację w Luizjanie, natychmiast postanawia rzucić pracę i objąć w posiadanie swą posiadłość.
Niestety, wkrótce okazuje się, że spadek to nie do końca prestiż, bogactwo i luksus, w dodatku lokalne moczary i prowincjonalne towarzystwo kryją w sobie więcej zła i przestępców niż miasto, które zostawił za sobą...
Kontynuacja przygód tytułowego Fletcha.

WARTO OBEJRZEĆ?

Szczerze mówiąc... nie jestem pewien.
Szczerze...
Choć sam jestem wielkim fanem Chevy Chase'a, jak i fanem pierwszego filmu z serii - Fletch (1985) - to mimo wszystko nie podobał mi się mix humoru i kryminału jaki zobaczyłem w tym filmie.

Pierwszy Fletch nie starał się nawet uchodzić za poważne dzieło, ale właśnie ujmował widza będąc czymś w rodzaju auto-parodii.
I tam znakomicie to działało!
Tu, nie wiedzieć czemu, twórcy postanowili pójść jeszcze o krok dalej i, niestety, przeskoczyli rekina.

Jakby to wytłumaczyć, na przykładzie...
O! Mam!
Sposób w jaki bohater żartuje chwilę po tym jak pewna niewinna piękna kobieta zostaje zamordowana...
Śmieszne? Przemyślane? Na pewno nie!
Tego typu sceny są zbędne, kretyńskie i, najzwyczajniej w świecie, rujnują tę skądinąd ciekawą produkcję.


Oczywiście, jest masa filmów gdzie bohaterowie pierwszo- czy drugoplanowi wykorzystują czyjś zgon do żartów i żyją zupełnie jakby nic się takiego nie stało.

I sam takie momenty lubię, jeśli pasują do pewnej konwencji.

Tylko, że tu ta konwencja nie jest zachowana.

Kobitka nie była żadną kreaturą, której nie byłoby nam szkoda. Ba... była dosyć ważna dla samej fabuły, i to, że nagle kopnęła w kalendarz, było dla mnie sporym szokiem. Szokiem jeszcze większym zaś, był sposób w jaki tego kopnięcia dokonała.

Powtórzę to, jeśli nie wszyscy zrozumieli...
Kobitka umiera, a Chevy, mimo, że coś go z nią wcześniej łączyło, zachowuje się KOMPLETNIE normalnie, jakby jego żony/matki/córki/kochanki ( niepotrzebne skreślić ) padały codziennie całymi stadami.

A przecież, na dobrą sprawę, fabuła wcale nie potrzebowała jej śmierci!
Nie było to koniecznie... choć też film tłumaczy w pewnym momencie, dlaczego zniknęła z tego świata.
Tylko, że śmierć na ekranie to jedno, a absolutny brak szacunku dla denatki to coś zupełnie innego i niezrozumiałego.

I dlatego też, większość gagów, które wydarzyły się po wspomnianych scenach, zupełnie na mnie nie działały. Choć z założenia były śmieszne, i pewnie miałbym niezły ubaw, gdyby tylko nie poprzedzono ich wątkiem owej kobiety.


Chodzi o to, że sam wątek tego DLACZEGO pewne osoby chcą odebrać plantację-spadek głównego bohatera jest wystarczająco interesujący sam w sobie i, NAPRAWDĘ, stwarzał sporo miejsca na błyskotliwą akcję i humor.

A nie jest to nawet tak, że Fletch bierze się za śledztwo, po to by zbadać sprawę zgonu kobitki... Nie zauważyłem, by go to specjalnie zmobilizowało.
Ot, jest po prostu ciekawy, kto z nim zadziera. I tyle.

Inna sprawa, że ten typ ciekawości powinien mieć miejsce w momencie gdyby denatka była kimś kompletnie bohaterowi obcym... a nie bliską mu osobą.

Więc naprawdę... nie rozumiem takiego podejścia twórców.


Ale nawet i bez tego głupiego wątku denatki, nie wydaje mi się by film zdołał stać się o klasę lepszym i by nadal mógł równać się ze swym pierwowzorem.

Historia, sama w sobie, nie zawiera tego czegoś, dziwnego pierwiastka, który czynił oryginalnego Fletcha tak atrakcyjną produkcją.

Zwyczajnie, twórcy nie potrafili zadbać o wysoki standard, którym uraczyli nas w poprzedniej części.

To nie chodzi o to, że fabuła drugiego Fletcha jest kompletnie inna niż w jedynce.
Chodzi po prostu o to, że nie oferuje nic mogącego równać się z klasycznym już motywem "zapłacę ci dużą kasę, jeśli mnie zabijesz".

Historia przedstawiona w dwójce nie przekonuje, jest dziwaczna zbyt wiele razy, a nawet sam początek odrzuca z kretyńskim motywem Chevy'ego przebranego za... pokojówkę.

Oczywiście, Chevy to Chevy. Jest nadal świetny!

Nadal jest Fletchem.

Ale to w sumie wszystko co łączy tą produkcję z poprzednią.

"Fletch żyje" zwyczajnie nie daje rady jako niezależna komedia, ani jako sequel kultowego już filmu.
Brakuje mu pomysłu, brakuje energii, ciekawości, muzyki... a wszystko to mimo, że na stołku reżyserskim siedział ten sam reżyser!

Więc NIE.
Nie jestem w stanie polecić oglądania tego filmu.

"Dwójka" rujnuje dla mnie serię, i lepiej by było gdyby nigdy nie powstała.


 ---

POWIĄZANE FILMY:

Fletch (1985)