czwartek, 22 września 2011

Przegląd filmowy (4): Trzech mężczyzn i dziecko, Sprzedawca cadillaków, Rodzinny interes


Three men and a baby ( 1987 )

Tyt. polski: Trzech mężczyzn i dziecko

Gatunek: komedia.

Reżyseria: Leonard Nimoy ( Tak tak!... „Mr. Spock” we własnej osobie ) 

Opis: Nie wiem czy potrzebny bo tytuł mówi chyba wszystko. 
Trzech przyjaciół wynajmuje wspólnie nowojorski apartament, randkują, dowcipkują, wiodą swobodne ale i poukładane z pozoru życie… do czasu aż nieoczekiwanie trafi do nich słodkie niemowlę…. które wywróci zatwardziałym kawalerom wszystko do góry nogami.  


Analiza: Trzech mężczyzn i dziecko. Dziwny tytuł prawda? Właściwie zdradza całą fabułę a niektórych może nawet… odstraszać… jak byłem mały i oglądałem film fragmentami, myślałem że bohaterowie tworzą… trójkąt gejów ;) 
I rzeczywiście, widząc sceny wycięte z kontekstu niejeden może takie wrażenie odnieść. Może dlatego początek tak bardzo nastawiony jest na ukazanie bohaterów jako rasowych amantów. Cały ten zabieg i wracanie do niego co rusz wydaje mi się niepotrzebny, ogiery mogłyby zostać w stajni a historia bardziej uszanować płeć piękną…
Jak się tą dawkę sexizmu wytnie a skupi na tytułowej fabule, aktorach i dawce komediowej to jest naprawdę dobrze. 


Nie jest to może obraz porywający, ale zrobiony całkiem przyzwoicie i zawiera z grubsza wszystko czego byśmy od tego typu fabuły oczekiwali, z pewną dozą przewidywalności… choć jest tu i drugi,  zaskakujący dosyć wątek.
Siłą filmu jest naturalnie obsada. Tom „Magnum” Selleck, Steve „Mahoney” Guttenberg... i nieco  mniej znany Ted Danson ( serial “Cheers” – Zdrówko ). Całkiem ciekawe aktorskie trio, które ( przynajmniej za sprawą tych dwóch pierwszych ) gwarantuje „z urzędu” solidne kino.
Przy czym zdecydowanie pierwsze skrzypce gra tu Selleck i gra jak zawsze fantastycznie. Jest to po prostu ten typ aktora ( z jednocześnie dobrze dobranymi rolami), którego zawsze darzy się sympatią.


Choć bohaterów jest tytularnie trzech to właśnie on bierze na swoje barki zasadniczy ciężar filmu i wychodzi z tego zwycięsko.
O dziwo najmniej jest tu Guttenberga. Gwiazda „Akademii Policyjnej” nie ma tu za wiele do powiedzenia i wykazania swego charakteru i raczej jest tym trzecim, wspomagającym kołem. Sama postać jest niezbyt rozrysowana. O ile w przypadku Sellecka i Dansona ich zawody ( architekt i aktor reklamówkowy ) i związane z ich wykonywaniem wydarzenia ukazano bardzo wyraźnie to u Guttenberga ciężko właściwie stwierdzić czym się ten zajmuje ( twórca bajek dla dzieci ? ).   
Fani Akademii Policyjnej mogą czuć się więc trochę zawiedzeni, że jej główny bohater tutaj nie rozdaje kart a jedynie PARTNERUJE pozostałym.  
Nie jest to chyba znowuż wielki problem, całości to nie psuje. Jest sympatycznie, choć może trochę zbyt ckliwie. I powtórzę się – zakończenie mogłoby być ciut lepsze. Każdy spodziewa się po takim filmie happy endu… ale chyba nie do końca właśnie takiego.


Werdykt: Warto obejrzeć. Z początku trochę wolno się rozwija, ale jak już dzidzia wreszcie się pojawia zaczyna być coraz sympatyczniej. In plus – solidna komedia i wór gagów  jakich należy się spodziewać. In minus – niepotrzebny sexizm, przynajmniej na początku.
Więc raczej nie jest to film dla młodszych.

UWAGA! Film ma kontynuację, z tą samą obsadą! „Trzech mężczyzn i mała dama” ( Three Men and a Little Lady ) z 1990 roku – recenzja wkrótce w Przeglądzie! 

P.S.  Co jak co, ale najbardziej w filmie zaskoczyła mnie… golutka dzidzia i jak aktorzy ofiarnie się nią zajmowali… Ciekawe, czy pani która wystąpiła w roli dzidzi 25 lat temu chętnie się do niej przyznaje ;) 


---------



Cadillac man 1990

Tyt. polski: Sprzedawca cadillaków

Gatunek: komedia, po troszku i dramat

Reżyseria: Roger Donaldson ( Góra Dantego, Koktajl, Bunt na Bounty, Ucieczka gangstera )

Opis: Robin Williams jest sprzedawcą cadillaców, sztandarowej amerykańskiej marki samochodów. Kocha swoją pracę, ale staje przed nim nie lada wyzwanie. Musi sprzedać 12 autek w dwa dni, bo inaczej wyleci z roboty! Ciężka sprawa… czas szybko umyka, klienci to niełatwy orzech…  a tu jeszcze przeszkadzają Ci: zbuntowana córka, dwie kochanki… i zazdrosny mąż z karabinem!


Analiza: Dziwny jakiś to film. NIEPRZEWIDYWALNY… to trzeba podkreślić na pewno. Wydawałoby się że akcja potoczy się jak w standardowej komedii o pogoni za czasem i forsą… a tu scenarzysta spłatał nam niezłego figla.
Zazdrosny mąż z karabinem potrafi być NAPRAWDĘ poważną przeszkodą by szybko upchnąć kilkanaście fur i uratować posadę.
Dziwnie się zaczyna, dziwnie rozwija i dziwnie kończy. Wydawałoby się, że niezbyt śmieszna próba sprzedania auta „świeżo upieczonej” wdowie to szczyt zaskakujących pomysłów filmowców. Tymczasem wykazali się znacznie bardziej.


No ale nie będę spoilerował. Trzeba zobaczyć samemu.
Ogólnie film jest jednak całkiem przyjemny. Choć bardziej dla miłośników wyraźnych charakterów pierwszo- i drugoplanowych oraz szalonej zabawy dialogami. Akcji wiele tu nie znajdziecie. Drugi i trzeci akt filmu to właściwie jeden wielki DIALOG właśnie.
A dialogi prowadzi tu niezła plejadka aktorów, na czele z Robinem Williamsem… w jego najlepszej odsłonie – z wąsami! ;)


Partnerują mu Tim Robbins, Fran Drescher ( UHF ), Judith Hoag ( Wojownicze Żółwie Ninja ), Lori Petty ( Na fali ), Pamela Reed, Annabella Sciorra i wielu innych.

Werdykt: Warto... a co tam!
Obraz to niestandardowy, ale jest tu i Williams w swoich najlepszych latach z zastępami aktorów tak charakterystycznych dla tamtej dekady. Plus klasycznie już fajne ciuchy z okresu… tylko tych cadillaców coś tu mało ;)



---------


Family Business ( 1989 )

Tyt. polski: Rodzinny interes

Gatunek: Dramat pokoleniowy... pełen dramat... nie komedia, nie kryminał!

Rezyseria: Sidney Lumet

Opis: Trzypokoleniowa rodzina. Ojciec ( Dustin Hoffman ) pragnie za wszelką cenę uchronić swego syna ( Matthew Broderick ) przed zgubnym wpływem jego dziadka ( Sean Connery ), byłego złodziejaszka, w którego ślady sam niegdyś poszedł.

Analiza: Film był reklamowany jako komedia. W podobnym tonie poniekąd przemawia jego plakat. Można z niego ( i z tytułu ) wyciągnąć „oczywisty” wniosek, że tatko i dziadek z bogatej mafii chcą wtajemniczyć młodego w rodzinny interes i czeka nas kupa przedniej zabawy… Nic bardziej mylnego. Ten film to po prostu dramat, nie komedia, nie sensacja, nie film gangsterski… tylko dramat.
Mafii żadnej i bogaczy tu nie ma. Ot synek student zwietrza możliwość zdobycia dużej kasy łatwą choć niezbyt legalną ( i trzeba przyznać – mało ciekawą czy emocjonującą ) metodą, wciąga w to bardziej doświadczonego dziadka, a ojciec wciąga się sam - by chronić syna.
Nie jest to film zbyt udany.
Pierwszą sprawą jest tu oczywisty „miscasting” – już samo zestawienie wymienionych powyżej nazwisk powinno wzbudzić wątpliwość. Bo gdzie Sean Connery pasuje do tatusiowania Hoffmanowi, a Hoffman do tatusiowania Broderickowi?? Ci trzej nie pasują do siebie ani fizycznie, ani akcentami, ani grą aktorską. Nie mówię – starają się. 007 może nawet uszedł by jako dziadek Ferrisa Buellera ale nic więcej.
Nie wiem zresztą czy film byłby lepszy gdyby role były nawet lepiej obsadzone.  
Historia jest po prostu słaba, ani oryginalna, ani spójna, ani nieprzekonująca by rzeczywiście warto ją było sfilmować, zatrudniając w dodatku takiego reżysera ( w tym miejscu również duży minus panu Lumetowi się należy ) i takie gwiazdy.
Jest tu dużo dramatyzowania i wykładania żalów przez troskliwego ojca… które niespecjalnie znowuż interesują. Może dlatego, że jego pociecha jest osobą wyjątkowo mało interesującą, po prostu słabo napisaną a przez Brodericka słabo zagraną. Jego bohater nie budzi żadnej sympatii a wręcz sprawia wrażenie egoisty. Bardzo byłem udziałem Matthew zawiedziony, tym bardziej, że w pamięci miałem jego dobrą rolę w z pozoru tematycznie zbliżonym "Nowicjuszu" ( Freshman, 1990 ).
Najlepiej z trójki wypada tu zdecydowanie Hoffman. I nawet go szkoda, bo widać że ta niełatwa rola bardzo wiele go kosztowała. Gra dobrze… tylko pytanie - po co? 
Nawet kulminacyjny moment filmu – skok Brodericka ze „starszyzną” na kasę wypada naprawdę źle. To niestety wyjątkowo anty-złodziejski film o złodziejach. Ani tu specjalnie widać planu, ani napięcia, a najgorzej wychodzi całe to przedramatyzowane zakończenie tegoż aktu.
Na pewno nieźle się nad tą sceną męczyli. Długo ją opracowywali. Tylko pytanie – dla jakiego efektu? Po co? 

Werdykt: Po co? Chyba jedynie żeby zobaczyć tę trójkę aktorów w jednym filmie… ( no może ewentualnie dla bardzo fajnego apartamentu Hoffmana ).
Bo zdecydowanie lepiej wyjdzie oglądać ich z osobna i gdzie indziej. Brodericka i mafijne klimaty polecam we wspomnianym „Freshmanie” ( z niepowtarzalną kreacją Marlona Brando ), a Connery’ego i skok na kasę warto zobaczyć w „Wielkim napadzie na pociąg”



Pozdr,
Mazin