wtorek, 29 kwietnia 2014

Remont, przeprowadzka, nowy początek, czy może jednak koniec?



Słyszałem kiedyś, że statystyczna żywotność bloga to dwa lata. Żyje, rozwija się, nieraz ciężko dyszy, a to znów łapie powietrza i swobodnie oddycha, by po dotarciu do owej magicznej granicy dwóch lat umrzeć śmiercią zazwyczaj niezbyt naturalną, raczej brutalną, beż pożegnania, bez tłumaczenia, bez powrotu z wirtualnych zaświatów. I wydaje mi się, że jest w tym twierdzeniu o dwóch latach zadziwiająco dużo prawdy. My teoretycznie przekroczyliśmy już trzeci rok, ale własnie, tylko teoretycznie. Od dawna jest to raczej dom w którym straszy i w którym nikt nie odkurza pajęczyn, a i w toku działalności mieliśmy dużo więcej przerw niż pracy nad utrwaleniem stałego cyklu publicystycznego.
Nie wiem więc czy jest sens by wracać na to pisarskie poletko, z którego plonów nigdy nie było, a ziarna nikomu od dawna nie chce się siać. Niby to tylko blog, ot zabawka, ale jednak dla mnie jest on swoistą krwawicą, którą trudno mi ot tak porzucić, by stało się częścią internetowego cmentarza czy właściwie już globalnego śmietnika, bo przecież nic na tym świecie nie rozkłada się dłużej niż wytwory sieci.


American Golden 80s nigdy nie był tworem w pełni udanym, nigdy w sumie nie zastartował też jak należy. Właściwie miał być tylko przystankiem, drogą do poważnego portalu, a w śmielszych planach nawet zaczątkiem papierowego pisma.
Mimo to zawsze chcieliśmy, czy przynajmniej chciałem ja, by była to strona o pewnych standardach, których nie udało nam się niestety obronić.
Były wielkie plany, były wspaniałe deklaracje, byli "spece" od horroru, od mody, od samochodów i od gier, miały być wspólne zloty i w ogóle miało być super.
Zabrakło jednak szacunku i pokory, rzetelności.
Człowiek głodny sukcesu winien dążyć do swoistej nadprodukcji, która służyłaby jednocześnie jako poligon doświadczalny, pozwalała wychwycić wady i zalety.
Nie powinno być problemem napisanie jednego tekstu na tydzień, czy kilku na miesiąc, jak się okazało i to było dla niektórych za trudne. Próby ustalenia stałego programu publikacji nie powiodły się. Prośby o edytowanie tekstów czy dodawanie etykiet trafiały w próżnię, praktycznie wszystko poprawiałem sam.
Zawiedli zaprzyjaźnieni "spece", graficy i informatycy.
Niektórzy tłumaczyli się narzekając, że "nie zarabiamy", i że "nikt nas nie czyta", ale trudno o to jeśli sami nie chcemy narzucić sobie pewnej normy.

Nie chcę tutaj na nikogo wylewać kubła zimnej wody. Uważam jednak, że nie ma sensu czegoś się podejmować, coś zaczynać, jeśli tego nie chce się potem ciągnąć i skończyć. Jest to nie fair wobec tych którzy naprawdę się dla danej idei poświęcają. Żałuję więc trochę, że nie pociągnąłem tego bloga sam, ewentualnie kogoś od czasu do czasu zapraszając. Byłoby więcej roboty, ale i miałbym pełną kontrolę. A tak, dzieląc się z innymi, musiałem nawet torpedować nieco siebie samego, bo zarzucano mi, że monopolizuję coś co miało być kolaboratem.
Z jednej strony są więc tu perełki i jakaś wizja, z drugiej wieją straszne dziury. I szczerze mówiąc nie mam już pomysłu czy je łatać, jak łatać, czy zwyczajnie rzucić to wszystko w cholerę.

Mimo to myślę, że coś tam udało nam się osiągnąć. Choć nie uzyskaliśmy poklasku mieliśmy stałych czytelników, komuś tam sprawiliśmy frajdę, ktoś tam nas zauważył, ktoś pochwalił, ba... niektórzy się nami nawet inspirowali.
I tym wszystkim dziękuję.
Szalone i pastelowe lata 80e jeszcze powrócą. Nie wiem kiedy, gdzie i jak. Może tu a może w innym miejscu? Szukajcie a znajdziecie.
Stay in touch!

Mazin