Troszkę głucho było w ostatnich dniach na Blogu. Zatem w oczekiwaniu na poważniejsze artykuły, wywiady czy montaże Feltona Raimana, od dziś ( prawie ) codziennie będziemy prezentować i oceniać w tym miejscu rozmaite produkcje filmowe. Głównie mniej znane, bądź po prostu te dla których nie zamierzamy się specjalnie rozdrabniać.
Hollywood lat 80-tych to ogromna skarbnica tytułów i zwyczajnie nie możemy poświęcić wiele uwagi im wszystkim, tym bardziej, że o wielu ciekawszych dziełach mamy do powiedzenia bardzo wiele.
Zatem rozpoczynamy od:
MY BLUE HEAVEN ( 1990 )
tyt. polskie: Moje błękitne niebo, Raj na Ziemi
gatunek: komedia
reżyseria: Herbert Ross ( Footloose )
Opis: Sympatyczna historia nowojorskiego mafioso ( Steve Martin ), który zdecydował się zeznawać w procesie przeciw swoim kolegom „po fachu”. Objęty programem ochrony świadków, ze zmienioną tożsamością, trafia do małego miasteczka koło San Diego… gdzie bardzo mu się nie podoba, zaś jego „zawodowe przyzwyczajenia” sprawiają wiele kłopotu „opiekującemu” się nim agentowi FBI ( Rick Moranis ).
Jak nietrudno się domyślić przewrotne koleje losu spłatają obu tym panom figla, zmieniając życie zarówno jednego jak i drugiego.